Stanisława Celińska i Wiesław Komasa
TransMisja

Za nami już 21. „Sam na scenie” – Finał Turnieju Teatrów Jednego Aktora (69. OKR). W tym roku mogliśmy przez dwa dni obejrzeć 15 spektakli, monodramów, w których przede wszystkim młodzi ludzie wyrazili to, co ważne i najważniejsze w naszej, ludzkiej i nie-ludzkiej historii. Ale nie o tym, a o Wieczorach Mistrzowskich zawsze towarzyszących temu festiwalowi chciałabym opowiedzieć. Tym razem na wieczorne spotkanie z Mistrzynią zaprosiła Stanisława Celińska, która opowiedziała i o sobie, i o warsztacie aktorskim, i o tym, co było i jest ważne w jej życiu. W towarzystwie grającego na fortepianie Tomasza Bajerskiego zaśpiewała fragmenty z przedstawienia „De profundis”, którego premiera miała miejsce w 1984 r., w dniu pogrzebu Jerzego Popiełuszki. Historia Hioba, którą reżyser połączył z historią Kochanowskiego zawartą w trenach wcale nie przestała być aktualna. Poczucie straty, choroby, przemijania, samotności i śmierci są wciąż takie same, a na podstawowe pytania o conditio humana odpowiedzi szukamy tak dziś jak i wczoraj. Siedemdziesięciosiedmioletnia Mistrzyni utrzymała spotkanie w nastroju melancholijnej zgody z losem, przypominając w kolejnych piosenkach i pieśniach o podstawowych wartościach, o dobru, pięknie i miłości. Zdradziła też, że czuje niezwykłe powinowactwo duszy z Leopoldem Staffem, którego wiersze śpiewa, ale i u którego odnajduje własne myśli, zdania, odczucia, własne rozumienie świata i siebie: „Chroń, Panie, wątłą mojej duszy zieleń”.
W piątek z kolei mistrzowski występ dał Wiesław Komasa w przygotowanym przez siebie monodramie „Jak się dziwnie wszystko plecie” (scenariusz, reżyseria, wykonanie, 2019) zbudowanym głównie w oparciu o tekst Romana Brandstaettera „Ja jestem Żyd z Wesela” i samym „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego. Aktor ubrany w strój „z epoki”, wsparty na lasce zagrał Hirsza Singera, ojca Rachel – jednej z bohaterek dramatu. Sam Singer był karczmarzem i to w jego karczmie słynne wesele miało miejsce. Wystawiona sztuka przemieniła jego córkę i żonę. Córka zachwycona tym, że weszła do literatury, zaczęła „pozować się” na modernistyczną artystkę, odrzucając wartości przekazywane jej przez ojca. A ojciec nie mógł pojąć fikcji, bo rozumiał jedynie życie. Wstydził się i nie rozumiał, że „on” chodzi po scenie i mówi słowa, których przecież nie mówił. Swój dramat przekazuje asystentowi (koncypientowi) adwokata w trakcie składania pozwu rozwodowego. Pragnie odciąć się od świata, którego nie potrafi pojąć, chce zamknąć się z Biblią w domu starców i tam dokończyć żywota, na swoich warunkach. Ta historia jest o tyle wstrząsająca, że miała naprawdę miejsce, że się wydarzyła. Temu człowiekowi – Hirszowi Singerze – „Wesele” zrujnowało życie. W literaturze widział kłamstwo, a nie prawdę, nie mógł pojąć fikcji, jak nie mogli jej pojąć oglądający spektakl o Sinobrodym, zabijając aktora odgrywającego główną rolę, szczęśliwi, że uratowali kobietę w opałach. Wciąż mamy problemy z odróżnianiem świata wewnątrzetekstowego i zewnątrztekstowego. Krzyżujemy te dwie przestrzenie, szukamy „prawdy kłamstw”, związków z biografią, z historycznym konkretem, zamieniamy quasi-sądy w zdania asertywne. A przecież rozumienie literatury nie polega na jej literalnym odczytaniu. Smutna, poruszająca historia świetnie zagrana, po prostu – mistrzowsko.
Po spektaklu Aktor wygłosił krótki monolog, w którym podkreślał, jak ważna jest rola słowa i dany słowu głos („choćby cienki jak włos”) w czasach bylejakości, pospolitości, lekceważenia słów i ich znaczenia. Mistrz zszedł ze sceny żegnany owacjami na stojąco, po gratulacjach pani prezydentki, która oceniła wraz z Jolantą Krawczykiewicz, że aktorstwo Komasy jest szlachetne i jest to najlepszy epitet, jakim można opisać ten występ.
