z fr. przeł. Joanna Polachowska, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2023, ss. 288.
Zaopiniowane

Édouard Louis (Eddy Bellegueule) urodził się w 1992 r. północnej Francji, która uchodzi za przestrzeń zacofaną, pełną pijaków, prostaków, „roboli” porozumiewających się niezrozumiałą (dla paryżanina) gwarą. Stereotypy związane z tym rejonem znalazły swoje odzwierciedlenie we francuskiej komedii „Jeszcze dalej niż na północ” (2014), w której policjant oddelegowany do pracy w tym rejonie, myśli, że spotkała go kara i zsyłka (film, oczywiście, pokazuje, że pod negatywnymi stereotypami kryją się ludzie jak wszędzie, a przy okazji zachwala przepiękne krajobrazy i wspaniałą historię północnej Francji). W miasteczku, w którym urodził się Édouard, większość edukację kończy na gimnazjum, trafia do pracy w fabryce, by powtórzyć los swoich rodziców, dziadków, pradziadków… życiorys zbudowany z biedy, przemocy, wykluczenia, braku ambicji, stagnacji.
Eddy – bo takie imię zapisano mu w akcie urodzenia – urodził się jako gej. Nie wybierał losu homoseksualisty, nie wybierał homoseksualnych pragnień ani homoseksualnego pożądania, po prostu taki był i przejawiał swoją „inność” w sposób, który pozwalał wszystkim – od rodziców poczynając – na wyzywanie go najbardziej obraźliwymi (w ich mniemaniu) słowami. Więc już jako dziecko starał się nie drażnić swoją innością, udawać kogoś innego, nie rzucać się w oczy specyficznym załamywaniem rąk, piskliwym głosem… Ale to nie był on i to nie było jego życie. Eddy marzył o zmianie totalnej, absolutnej, bezwzględnej, takiej, która ostatnią komórkę jego ciała zamieni w nim w kogoś innego, kogoś, kogo on sam nie będzie się wstydzić, kto nie będzie się bać swoich pragnień i marzeń, biedy, rodziców, kolegów. Można wzruszyć ramionami – któż z nas nie marzył o tym, by być kimś innym i gdzieś indziej, żeby mieć sławę, bogactwo i uznanie, którymi będzie można odreagować wszystkie upokorzenia i złośliwości, odrzucenie i pogardę, brak miłości i uwagi. Pewnie w jakiś sposób każdy z nas, ale dla Eddiego to marzenie stało się obsesją. Obsesją, która pożerała kolejno jego rodzinę, rodzeństwo, kolegów ze szkoły, przyjaciół, którzy go akceptowali i mu pomogli. Każdy kolejny poziom wymarzonej inności i wytworności osiągnięty przez bohatera okazywał się wciąż jeszcze nie tym, bo gdzieś indziej, gdzieś dalej było inne środowisko, jeszcze lepsze, jeszcze bardziej wytworne, do którego wejście dopiero naprawdę pozwoliłoby odreagować to upokorzenie, którego wcześniej doznało dziecko. Dzięki niemu to dziecko teraz mogłoby upokorzyć innych. To chora ambicja, ambicja na miarę „utalentowanego pana Ripleya”, bezwzględnego w osiąganiu celu. W tej życiowej podróży jest coś przerażającego, odpychającego, jest jakieś kłamstwo, które mnie tyle skłania ku kibicowaniu, ile drażni. Czy chciałabym mieć Eddego wśród swoich znajomych i przyjaciół? Nie. Nie dlatego nawet, że bałabym się bycia okradzioną z siebie (każda osoba, która imponowała Eddemu, stawała się wzorem, który Eddy odzwierciedlał w grze swojego ciała, mowie, zachowaniu, próbie odtworzenia jej manier, nawet życiowej drogi i rodzinnych powiązań), ale dlatego, że Louis tak bardzo chciał być sobą, że stał się nikim. Nie dlatego, że nie odniósł sławy jako pisarz, intelektualista (co było jego największym pragnieniem), ale dlatego, że gra, którą prowadził ze sobą i z innymi, polegała na kradzieży i zdradzie. Jak już nasycił się byciem innym i innymi, znów stawał się tamtym małym, biednym, niekochanym chłopczykiem. Więc mimo sukcesu, mimo osiągniętego celu, wraz z ostatnim krokiem dopadała go pustka i depresja, niezrozumiała tęsknota za tamtym czasem, za minionymi wydarzeniami. Édouard wybrał los uciekiniera, ale wiemy, że przed sobą nie można uciec. Tak zapamiętał się w tej ucieczce, którą nazwał zmianą, że stał się cynikiem, oszustem, skrajnym egoistą. Ale czy go winię? O tyle, o ile był świadomy swoich decyzji i działań, a zalążki takiej samoświadomości i śladów empatii pojawiają się w jego „rozmowach” z ojcem i Eleną. Usprawiedliwia się, a my możemy zobaczyć, jak to jest, gdy wszystko, co nas otacza istnieje o tyle, o ile może stać się stopniem do sukcesu, którym jednak nie zaspokoimy swojego głodu innego życia, ale który tylko jeszcze bardziej i mocniej odsłoni otaczającą pustkę.
