V Festiwal Scena wolności
Grzegorz Kotecki, filologia polska, UP

Tegoroczny program słupskiej Sceny Wolności zapełniono po brzegi spektaklami, które wzbudzają zainteresowanie słupszczanek i słupszczan. Tutaj mała dygresja – uważam, iż szata graficzna tego cyklicznego wydarzenia stanowi mocny punkt całości. Wygląda to poważnie, nie zaściankowo. Rozmawiając ze znajomymi, którzy obracają się w kręgach teatralnych, słyszałem szepty, jakoby plakaty słupskich wydarzeń scenicznych, delikatnie mówiąc, odstawały od wielkomiejskich. Ugodziło to w moją miłość do tego, co słupskie, lecz przyglądając się estetyce informatora Sceny Wolności, mogłem powiedzieć do nich z zadowoleniem: ,,A teraz rzucajcie te swoje wyrafinowane spojrzenia i zobaczcie, że Słupsk potrafi!’’. Koniec wiadomości pobocznych.
Wśród wielu przedstawień do wyboru postanowiłem udać się na to pod tytułem „Królowa” – napisane, wyreżyserowane, a nawet zagrane przez Piotra Siekluckiego (przezabawnie i barwnie wcielił się on w Eltona Johna). Pomyślałem sobie: ,,Nieźle’’ – ten człowiek chce na pełnych obrotach robić teatr, ale zareagowałem spazamtyczniej, gdy policzyłem aktorów w obsadzie, a jest ich aż osiemnastu! Tytuł oraz zdjęcie promocyjne nie budziły we mnie żadnych wątpliwości. Oczywiście, że spektakl jest o legendzie wokalisty Queen, czyli Freddiem Mercurym. Ku mojej radości, twórcy spektaklu bardziej niż na artyście skupili się na człowieku – Farrokhu Bulsarze. Nie był on chodzącym ideałem, popełniał błędy, a mimo wszystko stał się ikoną popkultury. Mężczyzna, który przywdziewał maskę wielkiego śpiewaka angielskiej formacji, wywodził się przecież z niewielkiego Zanzibaru, gdzie wspólnie z rodziną praktykował jedną z najstarszych religii świata – zaratusztrianizm. Do opuszczenia kraju zmusiła go konieczność wypełnienia obowiązku nauki (rodzice posłali chłopca do szkoły z internatem) i rewolucja. Ten drugi motyw, zdaje się, będzie towarzyszył Farrokhowi wielopoziomowo. Był człowiekiem, którego napędzało jego ,,Ja’’. Poznawał swoją barwną osobowość i tworzył wyjątkową tożsamość. Sama myśl o tym zapiera dech w piersiach, jeśli weźmiemy pod uwagę jego przedwczesną śmierć wywołaną AIDS. Miał ogromny wpływ na cały świat i nie mam tu na myśli wyłącznie gwiazdozbioru muzyki, ale postrzeganie kultury queer i próby przekonania konserwatywnej warstwy społecznej, że każdy może być, kim chce i nikt nie może drugiemu niczego narzucać. Tyle, jeśli chodzi o kontekst. Jak więc spisała się w tym temacie krakowska trupa teatralna?
Z sali wyszedłem oszołomiony. Jak chyba każdy z publiki szukałem w głowie jakichkolwiek słów, aby móc wyrazić przeżycie, które zapewniła nam tegoroczna Scena Wolności. Po takim widowisku nawet pierwszorzędny poeta miałby problem z językowym ujarzmieniem magii teatru, którą obdarzyli słupską audiencję krakowscy aktorzy, choć ujęcie ich wyłącznie w roli aktorów byłoby sporym niedomówieniem – to są ludzie wszechstronnie uzdolnieni. Życie Freddiego przedstawili za pomocą choreografii baletowych, co ma sens, bo przecież wokalista Queen łączył muzykę rockową z operowym piedestałem, tworząc gatunek unikatowy, wyrafinowany, ale dla każdego, przełamujący bariery, łączący ludzi z różnych kręgów zainteresowań w jedną społeczność. Każdy ruch był dopracowany, grający pokazali swój niezwykły talent oraz potencjał. Pod względem technicznym nie zauważyłem słabych punktów. Odegranie roli, czasami śpiewanie i ten balet wygenerowały mistrzowską kompozycję. Oryginalność. Nie będę powstrzymywał się od komentarza, że stylizator Artur Świetny spisał się, jakby inaczej, świetnie. Podziwiając kostiumy opracowane przez Łukasza Błażejewskiego, uśmiech nie schodził mi z twarzy. Aspekt wizualny – w sam raz, poprawny, kreacje Freddiego odwzorowane jak należy. No, ale przedstawienie teatralne to w połowie zachwyty estetyczne, a w połowie refleksje płynące z ukazanych wartości i interpretacji tematu. Cieszę się, że spektakl nie był laurką dla Freddiego, a bardziej wspomnieniem jego życia – tego, kim przede wszystkim był za kulisami. Ze sceny bił autentyzm, bez przejaskrawienia pewnych spraw. Oczywiście trudno w dwie godziny ukazać kilkadziesiąt lat biografii, ale uważam, że ekipa zrobiła, co mogła i udało się. O szczególnym sukcesie można mówić w przypadku interpretacji tekstu „Bohemian Rhapsody” – genialna analiza rozdarcia i poszukiwań jestestwa Farrokha Bulsara. Rad jestem, że poruszone tematy nie zostały spłycone, a ukazane w tak trafny sposób, że nie trzeba nic dodawać. Kwestie odkrywania tożsamości, batalii między tradycją a nowym, miłością platoniczną a szalejącą chucią, a także sztuki i interpretowania jej jako odnajdywania słów, melodii dla domagającej się megafonu uciszanej duszy artystycznej – to wszystko jest, i pięknie! Pragnę też wyróżnić sposób przedstawienia środowiska queerowego. Rzecz jasna – rozpustne życie wokalisty wylewało się ze sceny, a cała ta maskarada mogła wzbudzać szok, czasami obrzydzenie, ale finalnie pokazano niektórych bohaterów tak, jak współcześnie pragną tego szukające akceptacji wśród społeczeństwa dla swojego ,,Ja’’ osoby chcące kochać i być kochanymi bez skrępowania. Napawa mnie optymizm kiedy myślę, że tę sztukę można było zobaczyć w Słupsku i jestem dumny z ludzi, którzy nie boją się wyrażać siebie i żyją pełnią szczęścia. Freddie i jego środowisko zostali ukazani hedonistycznie. Pragnęli spełniać swoje niepohamowane zachcianki, wydawać fortunę w ułamku chwili, lecz są wśród nich postaci wyłaniające się na pierwszy plan, które jednocześnie wnoszą pozytywne wartości jak: nadzieja do samego końca, cierpliwość lub szczera miłość. Szczególnie jedna bliska Mercuremu osoba kierowała się uczuciem, którego wraz z szacunkiem i przyjaźnią potrzeba w dzisiejszym świecie. Wielkie brawa za ostatnie dwa lub trzy wersy „Królowej”, które jako jedyne przez całe wydarzenie są tak bezpośrednim i silnym zwrotem do ludzi, wręcz imperatywem, aby opamiętali się i pozwolili innym kochać lub być kochanym. Spektakl uwrażliwiał, bawił oraz edukował (pochwała za tak szczegółowe i obszerne wydeklamowanie historii wirusa HIV). Podobała mi się musicalowa aura tegoż teatralnego wieczoru. Scenariusz nie wykluczał piosenek Queen, które dodały jeszcze większej dynamiki i polotu dla całości. Rokendrol!
Schodząc ze swojego miejsca, czułem ciężar, jaki spoczywa na recenzencie czyjejś pracy, ponieważ trzeba odnaleźć w sobie równowagę oraz chłód. Nadal czuję się bezradny wobec tego, co miałem zaszczyt podziwiać w Nowym Teatrze im. Witkacego. Wszedłem na stronę Teatru Nowego Proxima w Krakowie i zobaczyłem, że na szczęście końcówka styczniowego repertuaru została poświęcona „Królowej”, zatem śmiało mogę stwierdzić, że ten, kto mieszka nawet kilkaset kilometrów od naszej historycznie drugiej stolicy, niech nie zastanawia się, pakuje najpotrzebniejsze rzeczy i jedzie, aby zobaczyć dzieło Siekluckiego na własne oczy.
Zdjęcie: teatrnowy.com.pl/repertoire/krolowa/
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Zorganizowano dzięki wsparciu ze środków KPO oraz ze środków Miasta Słupska. Sponsorem wydarzenia jest Energa z Grupy ORLEN.
