Skip to content
Menu
FILOlogika
  • O-błędnik
  • Na prawo
  • Creatio ex nihilo
  • TransKrypcja
  • Poznajcie się!
  • Wycinki
  • Poetica
  • Psoty
  • Rozpoznanie
  • Krytyka studencka
  • Kamień socjologiczny
  • Co słychać?
  • Zaopiniowane
  • TransMisja
  • Pinezki
  • Refleksje
  • Językowo
  • Rozmowy
  • UP-aćkane
  • Kalendarz zdarzeń
  • V Festiwal Scena wolności – recenzje
  • Wersje pdf numerów
  • O nas
FILOlogika

Pierwsza iskra, Rozdział II

Opublikowano 2023-03-152024-03-29

Creatio ex nihilo

Hanna Węsierska, filologia polska, UP

Dziewczynka stała jak sparaliżowana, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w skulonego mężczyznę. Kiedy odsunął od twarzy ubrudzone krwią dłonie, jej oczom ukazało się ściągnięte w przerażeniu i posiniaczone oblicze młodego mężczyzny. Błagalne spojrzenie utkwił w stojącym nad nim Strażniku, dłonie zaciskając na skrawku poplamionego płaszcza. Obserwująca to Reena, odruchowo zakryła usta drżącymi rękoma, starając się stłumić w ten sposób cisnący się na wargi krzyk.

Nie widziała twarzy Strażnika, ale doskonale pamiętała jej beznamiętny wyraz, gdy kilka chwil temu walczył z niemal bezbronnym mężczyzną. Wciąż miała przed oczami tą wypraną z emocji maskę i puste spojrzenie, gdy Strażnik nacierał raz za razem, nawet przez chwilę się nie wahając.

Spojrzenie załzawionych oczu dziewczyny natrafiło nagle na przepełniony paniką wzrok klęczącego mężczyzny. Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie, a usta złożyły się w niemym krzyku. Przez kilka chwil, które zdawały się Reenie wiecznością, patrzyli na siebie, dopóki dziewczynka zebrała w sobie siły, by schować się za rogiem budynku.

Chwilę potem usłyszała bolesny wrzask, który urwał się równie szybko, co rozdarł panującą na ulicy ciszę. Zaraz do jej uszu dotarł głuchy łomot, gdy ciało mężczyzny upadło na brukową kostkę.

Łzy swobodnie płynęły po jej twarzy, a ze ściśniętego gardła nie wydobywał się nawet szloch. Zamknęła oczy, zaciskając roztrzęsione dłonie na materiale spódnicy i modląc się, by to wszystko dobiegło już końca.

Ponad biciem własnego serca i drżącym oddechem usłyszała ostrożne kroki ciężkich butów. Pisnęła cicho i zerwała się do biegu.

Wpadła w plątaninę wąskich uliczek, nawet na chwilę nie odwracając głowy. Biegła, potykając się i ślizgając na zakrętach. Co chwila przecierała załzawione oczy, czując jak serce łomocze jej w piersi. Kroki za nią stawały się coraz głośniejsze, w końcu ośmieliła się odwrócić głowę.

W tym samym momencie, ścigający ją Strażnik chwycił jej ramię. Wrzasnęła, a w jej twarz uderzyła fala gorąca i gęsty dym.

~~~

Poderwała się gwałtownie, a strach na kilka uderzeń serca ścisnął jej gardło, gdy poczuła, że coś blokuje jej ruchy. Szarpnęła się, spanikowanym spojrzeniem rozglądając się gorączkowo wokół. Zamarła i odetchnęła głęboko, starając się unormować oddech.

Wyplątała się z pościeli, podniosła do siadu i przetarła oczy wciąż lekko drżącymi dłońmi.

Przez niedokładnie zaciągnięte zasłony do pokoju wpadały promienie słoneczne, rozjaśniając pomieszczenie i uświadamiając Reenie, że znowu zaspała.

Jak na zawołanie usłyszała pukanie do drzwi i dobiegający zza nich stłumiony głos.

– Już! Wstałam! Zejdę za kilka minut! – krzyknęła w odpowiedzi, po czym dodała. – Przekaż kucharzom, że zjem dzisiaj w mieście!

– Jak sobie życzysz, panienko! – odpowiedział jej głos należący do jednej z pokojówek.

– Dziękuję!

Reena wstała, przeciągnęła się i na chwilę zatrzymała w bezruchu, wciąż czując ten sam paraliżujący strach, jaki czuła kilkanaście lat temu. Potrząsnęła głową, pozbywając się resztek snu i spojrzała w stronę uchylonego okna. Odetchnęła głęboko i wzięła się do pracy.

~~~

– Dobrze, na dzisiaj kończymy. – odezwała się Cana, a na jej słowa większość uczniów westchnęła z ulgą.

Nawet Reena poderwała się szybko ze swojego miejsca i niemal wybiegła na zewnątrz, w pośpiechu chowając książki do zarzuconej przez ramię torby. Chociaż na co dzień uwielbiała zajęcia z nauczycielką, dzisiaj myślami była daleko i z niecierpliwością odliczała minuty do końca lekcji.

Gdy tylko znalazła się na korytarzu, przyspieszyła kroku, wymijając kolejnych studentów. Wypadła z uczelni i popędziła przed siebie, w pośpiechu witając mijanych przechodniów. Choć Stolica była ogromnym miastem, mieszkańcy poszczególnych dystryktów Thearhys znali się na ogół przynajmniej z widzenia.

Po kilkunastu minutach, nieco zdyszana dotarła na miejsce. Przekroczyła drewnianą bramkę, przeszła przez niewielki ogród i zapukała do drzwi wąskiej kamienicy. Niespokojna przestępowała z nogi na nogę, nie mogąc powstrzymać radosnego uśmiechu.

Gdy drzwi stanęły otworem, a przed nią pojawił się znajomy mężczyzna, uśmiechnęła się jeszcze szerzej i rzuciła mu się w ramiona.

Evran przytrzymał ją w talii i cofnął się o krok, jednocześnie próbując złapać równowagę i przytulając roześmianą czarodziejkę. Reena szybko ucałowała lekko zarośnięty policzek i ponownie wtuliła twarz w ramię przyjaciela.

– Śmierdzisz drogą. – oznajmiła po chwili, odsuwając się nieznacznie i marszcząc nos.

Evran pokręcił głową z uśmiechem.

– Też się za tobą stęskniłem. – raz jeszcze zgarnął ją w swoje objęcia.

Reena nie protestowała, podobnie jak mężczyzna ciesząc się z pierwszego od kilku tygodni spotkania. Puścił ją chwilę potem i zmierzył uważnym spojrzeniem.

– Znowu urosłaś.

– Nie martw się, to tylko buty. – parsknęła śmiechem. – Raczej cię już nie przegonię.

– Ha, czyli jednak wygrałem. – skrzyżował ręce na piersi, posyłając jej rozbawiony uśmiech.

– Powiedzmy. Zamierzasz wpuścić mnie do środka czy dalej przetrzymywać w progu? – oparła dłonie na biodrach.

– Już, już, zapraszam. – przesunął się na bok i zgiął niemal wpół w kiepskiej parodii ukłonu.

Reena wywróciła oczami, po czym ruszyła korytarzem w dobrze już znanym kierunku. Na parterze mieścił się przede wszystkim warsztat i gabinet, pierwsze i drugie piętro budynku zajmowały prywatne pokoje przyjaciela. Kobieta skierowała swe kroki do pracowni, gdzie zajęła jedno z niewielu wolnych krzeseł.

– Jeszcze nawet nie zdążyłeś się przebrać, a już narobiłeś bałaganu?

Rozejrzała się po rozrzuconych po całym pomieszczeniu materiałach i narzędziach. Rozstawione pod jedną ze ścian stoły wręcz uginały się pod ciężarem ułożonych na nich skór i sprzętu. Część skrawków i leżących luzem kartek wyglądała jakby lada chwila miała runąć na ziemię i podzielić los znajdujących się już na ziemi przedmiotów.

– Daj spokój. – odparł ręką mężczyzna, przekładając plik zarysowanych kartek z krzesła na biurko. – Tu zawsze jest bałagan.

Reena spojrzała z uniesionymi brwiami na górę papierów, która teraz chwiała się niebezpiecznie.

– I zawsze będzie.

– A jednak upierasz się, żeby siedzieć właśnie tutaj. – zajął miejsce naprzeciwko czarodziejki.

Wzruszyła lekko ramionami. Pomimo nieporządku, jaki niezmiennie panował w warsztacie przyjaciela, faktycznie było to jej ulubione miejsce do rozmów. Mieszanka zapachu wyczuwalna w pomieszczeniu zawsze przywodziła jej na myśl bibliotekę w rodzinnym domu, gdzie spędziła większość swojego dzieciństwa. Zapach papieru, skórzanych opraw, ledwo wyczuwalna nuta tuszu… Te drobne rzeczy sprawiały, że czuła się tutaj znacznie lepiej niż w salonie czy jadalni piętro wyżej.

Poza tym, pracownia Evrana wciąż była w znacznie lepszym stanie niż reszta lokum przyjaciela.

– Mniejsza z tym. Opowiedz mi lepiej, jak minęła ci podróż? I co z Yvonne? – Reena założyła nogę na nogę i oparła podbródek na dłoni.

Na twarz Evrana natychmiast wypłynął rozmarzony uśmiech, a on sam wygodniej rozsiadł się na krześle.

– Dobrze. Nawet bardzo. Żałuję tylko, że… – trochę zmarkotniał. – Że nie mogłem jej tutaj zaprosić. Chociaż na kilka dni.

– Rzeczywiście szkoda. – westchnęła Reena. – Chętnie bym ją poznała. Ale przecież niedługo i tak zamieszka tu z tobą, prawda? Dostaliście już odpowiedź?

– C-Co? Jaką…? – zmarszczył brwi. – Na co?

– Na wasz wniosek o przepustkę. Ten, o który staracie się od roku? – spojrzała na niego podejrzliwie. – Wysłaliście go w ogóle?

– Tak, tylko… Zresztą wiesz, jak to jest w tych urzędach. – Evran uśmiechnął się lekko. – Pewnie jeszcze trochę poczekamy.

Czarodziejka kiwnęła w zamyśleniu głową.

Przez kolejną godzinę wypytywała o najdrobniejsze szczegóły związane z podróżą. Sama jeszcze nigdy nie była poza murami Stolicy. W przeciwieństwie do Evrana, urodziła się tutaj, nie było jej więc dane poznać reszty Królestwa. Wyjazdy poza Thearhys zdarzały się niezwykle rzadko. Niewielu mieszkańców w ogóle chciało opuszczać mury miasta, oprócz tego, wszelkie podróże poza mury wiązały się z ogromną ilością papierkowej roboty i najczęściej wymagały dobrych znajomości i łutu szczęścia.

Evranowi udawało się w miarę regularnie opuszczać granice miasta głównie ze względu na pracę. W czasie podróży starał się dotrzeć najdalej, jak tylko był w stanie, żeby zobaczyć jak najwięcej, zanim czekał go nieuchronny powrót do domu, choć i tak najważniejsza była dla niego możliwość spotkania z narzeczoną, którą poznał, jeszcze zanim przeniósł się do Stolicy.

Reena od zawsze zazdrościła mu czasu spędzonego poza Thearhys i łapczywie chłonęła każde słowo, gdy przyjaciel opowiadał o swoich podróżach.

– No – odezwał się po jakimś czasie mężczyzna, – a co u ciebie? Działo się coś ciekawego, kiedy mnie nie było?

– Właściwie to nie, jeśli nie liczyć tych kilku festiwali i uroczystości, które cię ominęły. Chociaż… – zamyśliła się na chwilę. – Ostatnio ktoś próbował wspiąć się na mury.

– Nie najlepszy pomysł. Próbował się dostać do środka czy…?

– Do środka.

– Udało mu się chociaż?

– O dziwo, udało. – skrzywiła się. – Powiedzmy. Dotarł na sam szczyt, zanim ktokolwiek go zauważył…

– Naprawdę?! – Evran niemal poderwał się z krzesła.

– … i spadł. – dokończyła cicho czarodziejka. – Roztrzaskał się niedaleko Wschodniej Bramy.

Na chwilę zapadła cisza. Reena obserwowała w milczeniu, jak Evran zastanawia się nad czymś, tupiąc niespokojnie nogą.

– Wiadomo, kto to był?

– Jakiś kupiec z jednego z pobliskich miast. – wzdrygnęła się. – Ciężko było go zidentyfikować…

– I tak osiągnął więcej, niż udaje się większości. Na ogół łapią ich zanim podejdą wystarczająco blisko.

– Może, ale gdyby go złapali, wciąż by żył.

– Trafiłby do lochów. – prychnął Evran.

– Przynajmniej byłby żywy.

– Mówisz to tak, jakby czekało go potem coś lepszego niż śmierć.

Reena westchnęła, powstrzymując się od odpowiedzi.

– Jak idzie nauka? – zapytał po chwili Evran.

– Dobrze. Cana chyba jest zadowolona z postępów, choć ciężko po niej stwierdzić.

– Mhm, wiem. – mruknął w odpowiedzi, a Reena parsknęła śmiechem na widok jego miny.

– Dalej jej nie lubisz?

– To ona nie lubi mnie. Na dodatek nie kryje się z tym jakoś szczególnie. Poza tym, – trudno jest lubić osobę, która mogłaby mnie zabić przynajmniej na dziesięć sposobów.

– Tylko dziesięć? Chyba jej nie doceniasz. Mnie też się tak obawiasz?

– Oczywiście, że nie. – machnął ręką. – Z nieznanych mi powodów, nie podzielasz zdania Cany na mój temat. No i nie zrobiłabyś mi krzywdy, nawet gdybyś chciała. Ale wracając do tematu…

– Nic nie zauważyła. – przerwała mu kobieta, przewracając oczami z lekkim uśmiechem.

– Dobrze się ukrywasz, czy nie jesteś wystarczająco zdolna, by było co ukrywać?

– Bardzo zabawne. Może chcesz sprawdzić?

– Nie, dziękuję. – uśmiech znikł z jego twarzy. – Jesteś pewna, że niczego się nie domyśla?

– Nie wiem. Póki co, nie dała po sobie poznać, że coś zauważyła, ale… – pokręciła głową. – Mam wrażenie, że robi się coraz ciężej. Czasami wydaje mi się, że przypatruje mi się jakoś uważniej i zaczynam się martwić, że jednak coś zauważyła…

Evran przez kilka chwil wpatrywał się w milczeniu w czarodziejkę. Ta również się nie odzywała, rozmyślając nad kilkoma ostatnimi dniami. Miała już pewne doświadczenie i wiedziała, że dobrze kryje się ze swoją mocą. Cana była jednak spostrzegawcza i wyjątkowo wyczulona na wszelkiego rodzaju odstępstwa od normy, na dodatek trudno było cokolwiek wyczytać z jej wiecznie spokojnej twarzy. Chociaż…

– Gdyby coś zauważyła, pewnie już by o tym ze mną porozmawiała. – zawyrokowała Reena. – Nie pozwoliłaby nikomu na mniej niż całkowite poświęcenie treningom.

– W to akurat jestem skłonny uwierzyć. Po prostu bądź ostrożna, dobrze?

– Wiem. – uśmiechnęła się blado, kiwając głową.

Zerknęła przez okno na powoli pustoszejące ulice.

– Powinnam już wracać.

Evran wstał i odprowadził ją do drzwi. Pożegnali się szybko i Reena już miała ruszyć w drogę powrotną, gdy zatrzymała się gwałtownie i ponownie odwróciła do przyjaciela.

– Prawie bym zapomniała! Za cztery dni, moja rodzina organizuje przyjęcie. Zakładam, że się pojawisz?

– Jeśli muszę.

– Musisz. – Reena trąciła go w ramię, uśmiechając się szeroko. – Ostatnio nic tylko cię nie ma, jesteś mi winien przynajmniej jeden wieczór.

– Skoro nalegasz… – westchnął teatralnie, ale również się uśmiechnął. – A teraz leć już, zanim zaczną cię szukać.

Reena raz jeszcze przytuliła go na pożegnanie, po czym ruszyła w drogę powrotną, jeszcze przez chwilę czując na plecach spojrzenie przyjaciela.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

©2026 FILOlogika | Powered by SuperbThemes & WordPress