Creatio ex nihilo

Hanna Węsierska, filologia polska, UP
Słysząc szczęk zamka, Aaron podniósł głowę i skrzyżował spojrzenie z właśnie zamykającą drzwi Mirą.
– Długo ci zeszło. – mruknął, krzyżując ręce na piersi.
– Naprawdę? – blondynka odrzuciła warkocz na plecy i poprawiła przypięty do pasa miecz. – Zresztą nieważne, już jestem. Idziemy?
Mężczyzna westchnął jedynie i bez słowa ruszył korytarzem. Mira uśmiechnęła się sama do siebie, po czym podążyła jego śladem.
– Już się tak nie dąsaj. – odezwała się, oplatając rękoma ramię bruneta.
– Nie dąsam się. – prychnął.
– Twoja mina mówi co innego. – Aaron rzucił jej spojrzenie z ukosa, ale się nie odsunął. – Iyro nic nie będzie. Poza tym – przytuliła się bardziej do przyjaciela, – Iyro wie, że mam pierwszeństwo, jeśli chodzi o ciebie.
– Nie miałem pojęcia, że tak zależy ci na moim towarzystwie.
– Tak, tak, a teraz koniec dąsów, pora na trening. – uśmiechnęła się kobieta i popchnęła go lekko do przodu.
Opuścili budynek, kierując się do stajni na tyłach posiadłości, gdzie czekały już na nich przygotowane przez służbę konie. Gdy tylko znalazła się w siodle, Mira wbiła pięty w boki wierzchowca, a posłuszne zwierzę natychmiast ruszyło, płosząc stojącego niedaleko stajennego.
Aaron uśmiechnął się do niego przepraszająco, po czym sam wskoczył na grzbiet gniadej klaczy i popędził za przyjaciółką. Mira niczym wicher wypadła przez tylną bramę posiadłości, szybko zostawiając go z tyłu.
Obejrzała się przez ramię, a widząc galopującego za nią Aarona jeszcze popędziła swojego konia, ciesząc się wiatrem szarpiącym jej ubranie i włosy. Otaczający ją krajobraz szybko zmienił się z zielonych pól na gęstniejący z każdą chwilą las, a ubity trakt ustąpił miejsca wąskiej ścieżce. Po kilkunastu minutach jazdy wśród drzew, chcąc nie chcąc, musiała zwolnić.
Do jej uszu doszedł tętent kopyt. Odwróciła się w siodle i pomachała jadącemu za jej plecami Aaronowi.
– Długo ci zeszło. – uśmiechnęła się do niego rozbawiona.
Mężczyzna spojrzał na nią i uniósł lekko brew.
– Patrz lepiej przed siebie.
Odwróciła się z powrotem i w ostatniej chwili uchyliła się przed nisko zwisającą gałęzią. Zza pleców doszło ją ciche parsknięcie śmiechem.
~~~
– Gotowa?
– Pewnie, że tak.
Nie zwlekając ani chwili, Mira rzuciła się do przodu, pełna zapału i wiary, że tym razem wygra.
Aaron z łatwością sparował pierwszych kilka uderzeń, wytrącając ją z równowagi. Niezrażona faktem, że pierwszy atak zawiódł, wyprowadziła kolejne pchnięcie, a zaraz potem cięła znad ramienia. Jej przeciwnik uskoczył przed pierwszym ciosem, drugie zablokował i sam wyprowadził kilka ataków, których Mira ledwo uniknęła.
Cofnąwszy się o kilka kroków, odgarnęła z twarzy niesforną grzywkę i spojrzała z determinacją na przyjaciela, po czym ponownie zaszarżowała w jego kierunku.
Aaron postąpił krok w tył, odbijając skierowane w jego prawy bok cięcie. Na usta kobiety wypłynął zadowolony uśmiech, który zaraz jednak ustąpił miejsca grymasowi irytacji.
Z każdym kolejnym razem, gdy kobiecie nie udało się dosięgnąć Aarona, irytacja na jej twarzy ustępowała miejsca złości. Żaden z jej ataków nie zdawał się stanowić większego zagrożenia dla obrony mężczyzny, z łatwością parował każdy wymierzony w niego cios. Mira zacisnęła zęby i zmarszczyła w skupieniu brwi, raz po raz rzucając się w kierunku przeciwnika.
Aaron parował jej kolejne ataki niewzruszony, nie ruszając się nawet ze swojego miejsca. W miarę jak w Mirze zaczynała buzować coraz to większa złość, jej ataki stawały się z minuty na minutę słabsze i bardziej niechlujne. Dostrzegłszy to, Aaron po prostu wytrącił jej miecz z ręki.
Ta wbiła w niego wściekły wzrok, jednak spotkawszy się jedynie z chłodnym spojrzeniem spod uniesionych brwi, zdusiła cisnące się na usta słowa, podniosła broń z ziemi i ponownie ustawiła się naprzeciw mężczyzny.
Przez kolejne pół godziny, kiedy Mirze dalej nie udało się choćby zachwiać obrony przyjaciela, ten zmęczony jej bezsilną złością, ponownie wytrącił jej miecz.
– Zamierzasz walczyć na poważnie czy dalej…
Urwał, gdy w pierś uderzyło go przywołane naprędce pierwsze lepsze zaklęcie, odrzucając go kilka metrów w tył.
Podniósł się ze stęknięciem, czując pulsujący ból w okolicy żeber i spojrzał zirytowany na wprost kipiącą gniewem Mirę. Zacisnął zęby, powstrzymując się przed wypowiedzeniem chodzących mu po głowie myśli.
– Skoro tak świetnie radzisz sobie z magią, po co mam nadwyrężać swoje nerwy na bezsensowne treningi? – syknął, podnosząc upuszczony w czasie upadku miecz.
– Traktuj mnie jak poważnego przeciwnika! Skoro stoisz tylko jak królewicz i nie raczysz choćby udawać, że walka ze mną sprawia ci jakikolwiek problem! – krzyknęła rozjuszona Mira, rzucając w jego stronę zabójcze spojrzenie.
– Zacznij walczyć porządnie, to będę traktować cię poważnie! – odparł stanowczo Aaron. – Póki co, zachowujesz się jak rozpuszczona dziewucha, której jak zwykle nie podoba się, że coś nie idzie po jej myśli!
Jeszcze zanim skończył mówić, w jego stronę wystrzeliła lśniąca fioletem błyskawica. Tym razem zdążył odskoczyć na bok, a zaklęcie uderzyło w ziemię w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał.
Spojrzał na przyjaciółkę, a nie dostrzegając na jej twarzy nawet odrobiny skruchy czy wyrzutów sumienia, westchnął wściekły. Mimo wszystko łudził się, że go przeprosi i jak zwykle się zawiódł.
– Następnym razem, gdy przyjdziesz do mnie po pomoc – zaczął, chowając broń do pochwy i rzucając Mirze ostatnie pełne rozczarowania i irytacji spojrzenie – zastanów się najpierw, czy jesteś gotowa z niej skorzystać i ją docenić.
– A idź w cholerę! – krzyknęła za nim kobieta, kiedy ruszył w kierunku linii drzew.
Skrzyżowała ręce na piersi, obserwując, jak sylwetka mężczyzny znika wśród drzew. Po chwili została na polanie zupełnie sama, a panującą wokół ciszę zakłócał jedynie szum liści. Znowu spojrzała w kierunku, w którym odszedł Aaron i po chwili wahania, mrucząc pod nosem przekleństwa, poszła za nim, po drodze podnosząc wytrącony wcześniej miecz.
Przedzierała się przez listowie, z każdą kolejną chwilą coraz bardziej wątpiąc, czy faktycznie podąża śladami przyjaciela. Nie była w stanie go strzec przez rosnące gęsto drzewa i krzewy, nie potrafiła także odróżnić jego kroków wśród panującego wokół szumu.
Miała już zawracać, gdy uderzyła o coś nogą i z krótkim okrzykiem bólu runęła na ziemię. Zaraz się podniosła i otrzepawszy się z uschłych liści i trawy spojrzała na to, o co się potknęła. Zmarszczyła brwi na widok pokrytych mchem resztek muru, dodatkowo ukrytych przez krzewy.
Rozejrzała się dookoła i dostrzegła więcej kamiennych bloków, które, sądząc po kształtach i kolorach, musiały należeć do tej samej konstrukcji. Przeszła kilka kroków, przyglądając się uważniej miejscu, w którym, jak wskazywał niski na może pół metra murek, kiedyś znajdowała się jakaś budowla. Wcześniej dostrzegane wśród drzew i listowia ciemne kształty teraz okazały się resztkami całego kompleksu budowli.
W miarę jak zbliżała się do krańca lasu, fragmenty murów i ścian stawały się coraz lepiej widoczne, a kilka metrów za linią drzew dostrzegalna była konstrukcja zachowana w znacznie lepszym stanie niż wszystko, co dotychczas udało się znaleźć kobiecie.
Przyśpieszyła kroku, a w miarę, jak zbliżała się granicy lasu, serce biło jej coraz szybciej, a na twarzy odbijała się rosnąca fascynacja.
Wypadła spomiędzy drzew, przeszła jeszcze kilka kroków i zatrzymała oniemiała, rozglądając się dookoła. Wysokie kamienne mury, teraz obrośnięte bluszczem i nadszarpnięte zębem czasu, kiedyś musiały być ścianami wysokiej wieży. Zostały z niej marne resztki w postaci wysokich może na dwa metry ścian, z dawno wybitymi oknami. Ściana, w której prawdopodobnie znajdowało się kiedyś wejście, teraz była stertą gruzu po północnej stronie ruiny.
Mira niepewnie ruszyła w kierunku zniszczonej budowli, która po bliższym obejrzeniu okazała się znacznie młodsza, niż z początku sądziła. Weszła do nieosłoniętej żadnym dachem pozostałości po budynku, przypatrując się podłożu w kształcie pięciokąta i szukając czegokolwiek, co pomogłoby jej dokładniej określić wiek ruiny. Mury mogły mieć może kilkadziesiąt lat, to z kolei oznaczało, że w Lyke wciąż powinny żyć osoby, które widziały wieżę, gdy ta wciąż dumnie pięła się ku niebu. Czemu więc nigdy nie słyszała o jej istnieniu?
Nie dostrzegłszy niczego wartego zainteresowania, odwróciła się i wyszła, licząc, że dokładniejsze oględziny zewnętrznej strony ścian pomogą odpowiedzieć na dręczące ją pytania.
Przekroczywszy próg, nie zdążyła zrobić nawet kroku, gdy zatrzymał ją mocny chwyt na nadgarstku. Zanim panującą wokół ciszę zdążył przerwać jej krzyk, druga ręka nieznajomego zasłoniła jej usta, skutecznie uciszając. Napastnik puścił jej rękę, zamiast tego oplatając jej tors ramieniem i pociągnął ją z powrotem do wnętrza ruiny.
Mira zaczęła się szarpać i wyrywać, zbierając w głowie myśli i szykując się do rzucenia jakiegokolwiek zaklęcia, gdy usłyszała przy uchu znajomy głos i zamarła w bezruchu.
– Uspokój się, bo ściągniesz kłopoty na nas oboje. – warknął Aaron.
Upewniwszy się, że Mira go zrozumiała i nie zacznie krzyczeć, puścił ją. Spojrzała zaskoczona i zaniepokojona na śmiertelnie poważnego przyjaciela, postępując krok w tył.
Mężczyzna przyciągnął ją z powrotem do siebie, zmuszając do ukrycia się za kamienną ścianą.
Ruchem głowy wskazał na coś po drugiej stronie polany.
W kierunku ruiny pędził, sądząc po sylwetce, mężczyzna, a spory kawałek za nim, kolejna dwójka ludzi w mundurach, które Mira rozpoznałaby z dowolnej odległości. Otworzyła szerzej oczy i zwróciła się do Aarona.
– O co tu chodzi? – zapytała szeptem.
Uciszył ją gestem dłoni. Dopiero teraz do uszu kobiety dotarł coraz to głośniejszy tupot stóp, jednak zanim zdążyła się nad tym zastanowić, do zrujnowanej wieży wbiegł zdyszany mężczyzna.
