Skip to content
Menu
FILOlogika
  • O-błędnik
  • Na prawo
  • Creatio ex nihilo
  • TransKrypcja
  • Poznajcie się!
  • Wycinki
  • Poetica
  • Psoty
  • Rozpoznanie
  • Krytyka studencka
  • Kamień socjologiczny
  • Co słychać?
  • Zaopiniowane
  • TransMisja
  • Pinezki
  • Refleksje
  • Językowo
  • Rozmowy
  • UP-aćkane
  • Kalendarz zdarzeń
  • V Festiwal Scena wolności – recenzje
  • Wersje pdf numerów
  • O nas
FILOlogika

Czym dla współczesnego człowieka jest tolerancja i jakie są jej granice?

Opublikowano 2023-04-262024-03-29

Pinezki

Natalia Buźniak, filologia polska, UP

Ludzie, którzy są nietolerancyjni, kategoryzują innych i przesadnie reagują… powinni być wszyscy zaciągnięci pod ścianę i rozstrzelani.

Arthur M.Jolly, “Questionnaire”

Opozycja MY/ONI opisywana jest w podręcznikach do antropologii kulturowej jako podstawowa dychotomia, służąca do opisu świata w każdej chyba badanej społeczności. Jedna z niewielu zresztą uniwersalnych kategorii, niezależna od szerokości geograficznej czy epoki. W kulturach pierwotnych (czy można jeszcze tak pisać, czy lepiej będą brzmiały kultury nieuprzemysłowione? mniej rozwinięte? Ech, próby zachowania poprawności politycznej bywają wyczerpujące…) obcy nie posiadał statusu człowieka. Tak jak w podziwianej przez wielu demokracji ateńskiej, mało kto zasługiwał na miano obywatela, zaś niewolnicy byli mówiącymi narzędziami, tak przez długie wieki osoby z innego plemienia, z innej warstwy społecznej, z innego państwa, innej rasy czy nawet płci, nie zasługiwały na miano persony w pełnym tego słowa znaczeniu. Było tak do niedawna także i w Europie. 

XXI wiek aspiruje jednak do miana wieku tolerancji. Przejawia się to między innymi tym, że pojęcie to jest jednym z ważniejszych w dyskursie publicznym, co więcej, staje się też elementem polityki światowej. 16 listopada ustanowiono dniem tolerancji, zaś UNESCO w 1995 roku uchwaliło deklarację o zasadach tolerancji (zaleca ona między innymi organizowanie akcji edukacyjnych, stosowanie pokojowych środków rozwiązywania konfliktów i nieporozumień wynikających z odmienności kulturowej). W praktyce jednak nie wszystko idzie tak gładko, jakbyśmy sobie tego życzyli. Ogromne fale migracji, pomieszanie kultur, religii, stylów życia czerpiących z odmiennych i często nieprzystających do siebie wzorów kulturowych niejako zmusza współczesnego Europejczyka do nieustannych rozważań o tym, co możemy tolerować, a kiedy (jeśli w ogóle kiedykolwiek) powinniśmy powiedzieć STOP.

Zanim przejdę do dalszych poszukiwań odpowiedzi na pytania o granice tolerancji, zajrzyjmy do słownika, by dowiedzieć się, jaka jest właściwie fachowa definicja tego,  odmienianego obecnie przez wszystkie przypadki, wyrażenia. Lubię od tego zaczynać. Źródłosłów, w tym przypadku łaciński, nierzadko oświetla zapomniane obszary znaczeniowe badanego pojęcia.  Co wobec tego znaczy tolerować? Pochodzące z łaciny słowo tolerancja oznaczało pierwotnie cierpliwą wytrwałość, znoszenie. Według współczesnego słownika języka polskiego to poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych. Obecnie używamy go zamiennie ze słowem akceptacja, którego etymologia jest zgoła inna. Akceptować to tyle, co przyjmować.

To, co łączy obie postawy to szacunek do tego, co inne. Jednak tolerancja jako znoszenie tego, co odmienne od mojego, czasem niezrozumiałe, dziwne, obce, nie musi łączyć się wcale z przejmowaniem podobnej postawy wobec świata. Paradoksalnie, im ktoś bardziej inny, tym bardziej mogę się zahartować w byciu tolerancyjnym. Znoszę cierpliwie, bez słowa skargi to, z czym się jednak nie utożsamiam. A może raczej, jak chce Emmanuel Levinas, SPOTYKAM ciebie (bo każde rzeczywiste spotkanie jest zawsze spotkaniem dwóch jednostek), lecz nie STAJĘ SIĘ tobą. Co więcej, nie zgadzam się z twoimi poglądami, postępowaniem i tak dalej (gdybym się zgadzał, nie mówilibyśmy o tolerancji), ale bez okazywania pogardy, nie wspominając już o otwartej agresji. Jak świetnie ujął to Wojciech Świdziniewski w “Kłopotach w Hamdirholm”: 

Tolerancja nie znaczy, że mam kogoś lubić za to, że jest inny. Tolerancja jest wtedy, kiedy nie rzucasz się z nożem na kogoś, kto ci nie odpowiada.  Znów jednak docieramy do granicy… a raczej do pytania o nią. Czy z każdym mogę się w ten levinasowski sposób spotkać? 

Nie z każdym. Jestem tolerancyjny, ale to już przesada! Takie zdanie to klasyczny przykład tego, jak ludzie wskazują nam swoją granicę tolerancji. Trudno zaakceptować coś, co uznajemy za złe. Ślub i współżycie  dorosłego faceta z dzieckiem. Wycinanie łechtaczki. Totalne podporządkowanie kobiety mężczyźnie. Pół biedy, jeśli sprawa rozbija się o to, jaką drogę życiową wybiera wolna, dorosła osoba, choćby nie wiem jak odległa nam się wydawała. Ale co z tymi, którzy wybierać nie mogą? Z dziećmi, z pozbawionymi wpływu na swoje losy kobietami w niektórych krajach islamu? Czy powinniśmy być ich rzecznikami, czy też… no właśnie, jakie są inne opcje? Czy powinniśmy się bardziej zaangażować? Ponownie, to zależy od naszej interpretacji tolerancji i jej granic.

Granice tolerancji zawsze związane są z granicami wolności. Wcześniej mówiłam o tym, że współczesna wielokulturowa rzeczywistość zmusza nas do rozważań o tym, co tolerować trzeba, co można, a kiedy należy ingerować. Tradycyjna XIX-wieczna definicja wolności, zaproponowana przez Johna Stuarta Milla zakłada, że granice mojej wolności kończą się tam, gdzie zaczynają się granice twojej. Innymi słowy, granice wolności indywidualnej, tego, co mogę “znieść”, to granice nieszkodzenia innym. Tu jednak pojawia się problem, którego autor definicji był zresztą świadomy, a mianowicie to, że reguła nieszkodzenia działa bez zarzutu tylko przy założeniu, że poziom oświaty jest dostateczny (oczywiście i ta teza jest dyskusyjna, ale dziś nie o tym). A co, jeśli mamy do czynienia ze zbieraniną jednostek z różnych systemów kulturowych, gdzie i oświata wpaja co innego? Czy nie z takim tyglem narodowo-etnicznym mamy obecnie do czynienia w Europie? Okazuje się, że co innego szkodzi mi, a co innego tobie. Jak mamy wyznaczyć granice? Krzywda jest pojęciem subiektywnym i nie da się jej zobiektywizować. Stąd też przytoczona definicja, która jest i zgrabna, i jakoś intuicyjnie się z nią zgadzamy, nie może nam posłużyć za probierz przy wyznaczaniu granic wolności, a co za tym idzie, także tolerancji, w praktyce. Niezrozumienie tego jest źródłem patologicznych zjawisk, gdy walka o wolność kończy się paradoksalnie… zniewoleniem (także auto!).

Jedną z takich sytuacji jest autocenzura, wynikająca z hiperpoprawności politycznej. Poprawność polityczna to, mówiąc w skrócie, zasada unikania określeń, które mogłyby być uznane za przejaw dyskryminacji w stosunku do osób ze względu na ich przynależność rasową, narodową, wyznaniową, pochodzenie społeczne lub orientację seksualną. Jednak każdego coś może obrazić, i to na dodatek każdego… co innego. Mimo najszczerszych chęci sprostania ideałom poprawności politycznej (jakimi wykazywałam się w pierwszym akapicie tego tekstu), ktoś może poczuć się przeze mnie zraniony. Czy lepiej więc zupełnie… zamilknąć na dany temat? I to nie obejdzie się bez echa, wszak dyskryminować możemy także przez brak odpowiedniej reprezentacji (czyli właśnie pomijanie niektórych kontrowersyjnych tematów). Nie dziwi zatem, że wielu artystów samoogranicza się. Nakłanianie (różnymi sposobami, rzadko kiedy wprost) innych do autocenzury to znany chwyt i był on wykorzystywany między innymi w Polsce przez władze PRL. Autocenzura to zastraszenie twórców do tego stopnia, że sami wkładali sobie kaganiec. Za słusznie minionych czasów dzieła można było zresztą w ogóle nie wydać, o co dbał cenzor z Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Tak wtedy, jak i dziś można zaś te już wydane, lecz z jakiegoś powodu niepoprawne…  usunąć (ang. cancel). A zadba o to już nie specjalnie powołany urząd, lecz w głównej mierze internauci.

O co chodzi? O tzw. cancel culture. Hashtag #cancelled pojawił się w czasie kampanii MeToo w 2014. Polegała ona na ujawnianiu nadużyć, głównie seksualnych, jakich ze strony mężczyzn doświadczyły kobiety. Początkowo chodziło o showbiznes, ale ruch szybko rozprzestrzenił się na inne obszary życia społecznego. Hashtagiem #cancelled oznaczano imię każdej osoby, która została przez społeczność internetową uznana za godną usunięcia z pamięci całego społeczeństwa. Co więcej, wszelkie jej dzieła również bojkotowano.

Za godnych takiego unieważnienia poczytywano wszystkich, którzy – nie tylko w ostatnim czasie, lecz także kiedykolwiek w przeszłości – zrobili cokolwiek, co przez odbiorców zostało uznane za problematyczne. Ruch, który zaczął się od potępiania poważnych złych czynów, takich jak gwałty producenta filmowego Harveya Weinsteina na aktorkach, zaczął się niebezpiecznie rozszerzać, a kryteria, jakimi się posługiwał – rozmywać. Autorka serii o przygodach Harrego Pottera, J.K. Rowling, w czerwcu 2020, po jednej niefortunnej wypowiedzi w internecie, została właśnie w taki sposób… usunięta. A chodziło o odpowiedź na posta osoby, która użyła określenia “człowiek menstruujący”. Ludzie, którzy miesiączkują? Jestem przekonana, że niegdyś istniała nazwa dla takich osób. Czy ktoś mi ją podpowie? – zapytała ironicznie Rowling, wywołując oburzenie transseksualnych kobiet i wszystkich, którzy je wspierają. Dawna idolka za tę wypowiedź właśnie otrzymała łatkę #cancelled. Na szczęście jej książki na razie nie są zbojkotowane. Jedynie ona sama nie została poproszona nawet o krótką wypowiedź na potrzeby filmu wydanego w 20. rocznicę wyprodukowania pierwszej ekranizacji przygód młodego czarodzieja.

Czy faktycznie zrobiła rzecz aż tak złą, by sobie na to zasłużyć? Czy możemy ją zrównać z Weinsteinem? Moim zdaniem nie. Widać jednak na jej przykładzie, jak do przesady posunięta tolerancja prowadzić może paradoksalnie do wykluczenia. Do kultury, w której nikły cień podejrzenia o bycie niewystarczająco tolerancyjnym prowadzi do postawienia pod ścianą i… usunięcia. A ono może boleć bardziej nawet niż rozstrzelanie, o którym ironicznie mówi autor w cytacie otwierającym. Bo trwa dłużej. Bo istniejemy, lecz jakby nas nie było. Nie tylko niewidzialni, lecz i niemogący odkupić swych win. Bo przecież #cancelled nikt nie słucha.

Bibliografia:

Nowicka E., Świat człowieka – świat kultury, Warszawa 2006.

Kołakowski L., Filozofia pozytywistyczna, Warszawa 2003.

Świdziniewski W., Kłopoty w Hamdirholm, Warszawa 2009.

Źródła internetowe:

Audycja Cenzura w Polsce Ludowej, Podcast Zeitgeist – kanał o ideach, https://anchor.fm/zeitgeist-podcast/episodes/Cenzura-w-Polsce-Ludowej-ephph3, [dostęp 15.01.2023].

Artykuł internetowy Spotkanie i dialog miejscem odkrycia transcendencji filozofii dialogu, https://filozofia.wyklady.org/wyklad/1024_spotkanie-i-dialog-miejscem-odkrycia-transcendencji-filozofii-dialogu_strona-2.html, [dostęp 15.01.2023].

Artykuł na stronie internetowej Centrum Prasowego Uniwersytetu SWPS Od czułości do bezduszności – gdy kultura tolerancji zaprzecza sama sobie,

https://web.swps.pl/centrum-prasowe/informacje-prasowe/24628-od-czulosci-do-bezdusznosci-gdy-kultura-tolerancji-zaprzecza-sama-sobie, [dostęp 15.01.2023].

Hasło Tolerancja, Słownik PWN, https://sjp.pwn.pl/slowniki/tolerancja.html, [dostęp 15.010.2023].

Hasło Poprawność polityczna, Encyklopedia PWN, https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/3960506/poprawnosc-polityczna.html, [dostęp 15.01.2023].

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

©2026 FILOlogika | Powered by SuperbThemes & WordPress