Skip to content
Menu
FILOlogika
  • O-błędnik
  • Na prawo
  • Creatio ex nihilo
  • TransKrypcja
  • Poznajcie się!
  • Wycinki
  • Poetica
  • Psoty
  • Rozpoznanie
  • Krytyka studencka
  • Kamień socjologiczny
  • Co słychać?
  • Zaopiniowane
  • TransMisja
  • Pinezki
  • Refleksje
  • Językowo
  • Rozmowy
  • UP-aćkane
  • Kalendarz zdarzeń
  • V Festiwal Scena wolności – recenzje
  • Wersje pdf numerów
  • O nas
FILOlogika

Wierzyć, nie wierzyć, czyli „Nie smućcie się. Ja zawsze będę z wami”

Opublikowano 2024-11-242024-11-25

Dzisiejszy spektakl był dziwny. To nie zarzut. Lubię teatr wymagający skupienia i namysłu, niepoddający się łatwemu odczytaniu, ale tego spektaklu nie potrafię odczytać, gubię się w niekonsekwencji zdarzeń, nie chcę przyjąć przesłania, które odczytałam. Jednak po kolei. 

27 czerwca 1877 roku dwóm dziewczynkom – dwunastoletniej Barbarze Samulowskiej i trzynastoletniej Justynie Szafryńskiej – na klonie rosnącym nieopodal kościoła zaczęła objawiać się Matka Boża i zrobiła to 160 razy. To jedno z objawień, mające watykańską akceptację. Nie wiadomo, co przekazała dziewczynkom, obie utrzymywały jednak, że mówiła po polsku, a dokładniej – w warmińskiej gwarze, co było nie bez znaczenia w krainie pozostającej pod niemieckim zaborem, gdzie język polski był zakazany. Matka Boska powiedziała też, że oczekuje od dziewczynek, że wstąpią do zakonu. Uczyniły to. Jedna wytrwała w zakonnym życiu, w bezwzględnym posłuszeństwie, w wierności wierze i kościołowi, trwa proces beatyfikacyjny. Druga,  wieczna buntowniczka, po dwudziestu latach życia w zakonie ucieka pewnej nocy, bosa, w koszyku ma oswojoną żmiję. To symboliczne zdarzenie. Nie zdeptała żmijowej głowy, nie naśladuje Maryi, zaprzyjaźnia się z gadem, oswaja go, karmi, poddaje się jego pieszczotom, zmysłowi dotyku, którego żałował jej każdy – i w domu, i w zakonie. Na metce podarowanego płaszcza przeczyta nazwę zakładu krawieckiego – idzie tam, zostaje krawcową. Spotyka pewnego nauczyciela. 10 lat młodszy mężczyzna bierze ją w opiekę i zastępuje w ten sposób i Matkę Boską, i matkę przełożoną, uczy ją nowych reguł, nowego życia, nowego ateizmu, pozazakonnego życia w Paryżu, gdzie na świat przychodzi ich córka, Anne-Marie (być może dzieci jest czworo, ale informacji o życiu Justyny poza klasztorem niemal nie mamy). Wspomnienia córki są nie mniej dramatyczne i bolesne. Dziewczyna „odreagowuje” niezmienne, ślepe przywiązanie do Matki Boskiej przekazane jej przez mamę, najpierw twarz Bożej Rodzicielki zapisuje słowem „morda”, potem nakleja inną, żeby to nie była tamta/ta sama – bo nie można tej ikony całkiem zamazać, wymazać, wykreślić – „Mam wiele obliczy, wiele twarzy, postaci”, zawsze się znajdzie taki, który można zaakceptować, sprawić, że będzie pasował. Anne-Marie prowadzi „ryzykowny tryb życia”, bo „została w niej matka”, a ona chce za wszelką cenę udowodnić, że jest inna, jest sobą.    

Justyna od początku nie chciała życia w zakonie, źle się tam czuła, nie rozumiała katechizmu, kościelnych nauk. Karana za nieposłuszeństwo miast miłości hodowała nienawiść, a przecież chciała kochać, chciała czułych, radosnych, przyjaznych relacji – dostawała samotność, osobność, latryny do czyszczenia… Życie zakonne miało być formacyjne, choć nikt nie dawał jej szansy na to, by usłyszała, co jest jej wolą, bo „to Twoja wola niech się stanie”, bo „trzeba o sobie zapomnieć” i „wszystkiego się wyrzec – co ziemskie, cielesne, grzeszne”. Dojdzie w końcu do wniosku, że „trzeba umieć opowiedzieć siebie”, ale jej mąż powie, że „opowieść o sobie przerywała w pół zdania”. Tego nigdy się nie nauczyła: jak opowiedzieć siebie, gdy przez 33 lata deklarowało się, że do siebie już się nie należy? Najpierw opowiadał ją Kościół, potem zakon z matką przełożoną, potem mąż, książki, role, którą pełniła. Gdzie w tym wszystkim odnaleźć siebie, jak być Justyną Szafryńską. I teraz na scenie opowiadają ją aktorzy, w szczególności odtwórczyni postaci – Milena Gauer. Ta przenosi Justynę poza deski sceny, przenosi ją na Plac św. Piotra, do Watykanu. Przebrana w zakonny strój z ogromnym kornetem, schowana za słonecznymi okularami, z ogromnym obrazem Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej zawieszonym na piersi, z tyłu ma zapisaną skróconą historię Justyny. Zaczepia ludzi – „Chcę opowiedzieć historię Justyny. Dlaczego nie może zostać święta? Dlatego, że nie chciała zostać w zakonie?”. I tu dzieje się coś, czego nie rozumiem. Wszystkie sceny dzieją się pośrodku, między dwoma siennikami. Wkoło siedzą widzowie, stoją/siedzą Matki Boskie. Justyna, Barbara, siostra przełożona są osaczone, przez delegata apostolskiego (advocatus diaboli), córkę, męża, wszystkich innych bohaterów, którzy pojawiają się jedynie na obrzeżach sceny. Justynie udaje się uciec. Ma szansę odzyskać siebie, niedeterminowana zdarzeniami z dzieciństwa, nieograniczana wymogami zakonu i przeoryszy może być sobą, zwykłą szwaczką, żoną, matką, która chce tylko kochać ludzi jako Justyna, nie zakonnica, nie wybrana, powołana. Uciekła, by odzyskać siebie. Może nieudolnie, może „rozpuściła się” w świecie, ale gdyby nie uciekła, rozpuściłaby się w kościele i jego opowieści o „świętych dziewczynkach”. Nie pojmuję, dlaczego twórczynie sztuki chwytają ją w sidła kościoła, z którego chciała uciec, dlaczego chcą jej beatyfikacji, dlaczego nie chcą po prostu oddać głosu tej, której ten głos bez przerwy kradziono, dlaczego zawracają ją z drogi, którą wybrała. Aktorka grająca Justynę przekonuje przypadkowych przechodniów, pielgrzymów w nagranym i odtworzonym na ekranach performansie: „Nie jestem Justyną. Chcę tylko zachować pamięć o niej, dlaczego ona nie może być beatyfikowana? Masz tu cudowną wodę, za darmo”. Czuję zażenowanie, jakby znów Justynę zdradzono, opowiedziano ją swoim pragnieniem, potrzebą, swoim głosem. Kim jest ta kobieta święta/nieświęta. „Jestem tym, kto na mnie patrzy” – może odpowiedzieć frazą licznych Bożych Matek. Z żalem mówię: Justyno – wpadłaś w nasze sidła – na nic ucieczka, nie miałaś i nie masz nic do gadania! A przecież ta ucieczka to był jedyny moment jej prawdy, jej wybór obarczony potwornym ryzykiem. Podjęła go i nikt tego nie zauważył, nie docenił. Może tylko jej mąż. Jak się zdaje, tylko on był osobą, która rozumiała i pomagała żonie, jak tylko potrafił, a potrafił czynić ją na swój obraz i podobieństwo, na słowa jego lektur bezbożnych. Uczył niezależności od kościoła – nie nauczył, ale dawał jej szansę na wybór, alternatywę, której nie miała. Aktorka-Justyna zaś prosi ze sceny – wpisujcie swoje prośby, a jak się zdarzy cud, jak się spełnią, piszcie do teatru. Cóż, słowa z tytułu przedstawienia, cytat z objawienia, to nie obietnica, to groźba. 

Tekst i dramaturgia: Jolanta Janiczak, reżyseria: Wiktor Rubin, scenografia i video: Łukasz Surowiec, kostiumy: Marta Szypulska, muzyka: Krzysztof Kaliski, ruch sceniczny: Magda Jędra, reżyseria światła: Monika Stolarska. Obsada: Milena Gauer, Radosław Hebal, Aleksanda Kolan, Marta Markowicz, Maciej Pesta, Barbara Prokopowicz.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Zorganizowano dzięki wsparciu ze środków KPO oraz ze środków Miasta Słupska. Sponsorem wydarzenia jest Energa z Grupy ORLEN.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

©2026 FILOlogika | Powered by SuperbThemes & WordPress