V Festiwal Scena wolności

Piekło to rodzina, to ja, czyli „Pewnego długiego dnia”
Narodowy Stary Teatr w Krakowie przyjechał na V festiwal Sceny Wolności ze sztuką, do której, na podstawie „Long Day’s Journey into Night” Eugene’a O’Neilla, napisał scenariusz (przetłumaczony na polski przez Karolinę Bikont) zaadaptował i wyreżyserował Luk Perceval, uznany i ceniony twórca europejskiego teatru. Tytuł oryginału – „Długa podróż w noc” lepiej oddaje intencję sztuki niż „Pewnego długiego dnia”, czy nawet funkcjonujący w oficjalnym tłumaczeniu „Zmierzch długiego dnia”, ale nie o tytuł tu chodzi, choć metafora nocy, ku której zmierzają bohaterowie dramatu, jest jak najbardziej adekwatna.
Sztuka zachowuje antyczną jedność miejsca, akcji i czasu, co podkreśla tylko zamknięcie, ciasnotę myśli, uczuć, reakcji, w jakiej miotają się niczym w klatce członkowie rodziny Tyronów. Akcję rozpoczyna przesłodzona rozmowa małżeństwa, jej czułość i troska wydaje się jednak jakaś nieszczera, sztuczna. Aktorzy świetnie oddali te z trudem hamowane, prawdziwsze uczucia i emocje, nieudolnie skrywające się pod płaszczykiem wyuczonej grzeczności. Można jeszcze pomyśleć, że są pełni dobrej woli, widać, że się starają, że pewnie wczoraj mieli kłótnię, ale próbują się pogodzić i odsunąć w niebyt pretensje. Prawdziwe uczucia są jednak bardziej intensywne, mają większą siłę i im bardziej próbujemy je ukryć, z tym większą energią w końcu dojdą do głosu, ukażą się w dziennym świetle. Na scenie znajdą się wszyscy członkowie rodziny i – co jest szalenie ciekawym aktem performatywnym – postacią są też „didaskalia” w osobie służącej Cathleen i jednocześnie głosu odautorskiego. Część scen jest „grana słowami”, bohaterowie pozostają poza scenicznym ruchem, zamrożeni, nieekspresywni jak sztywne, nie w pełni sprawne kukiełki. I wiemy już, że tym, co je hamuje, jest odwieczna walka między pragnieniem autentycznych odczuć, słów, emocji, co wymaga ujawnienia się, co drąży w nieświadomej energii coraz bardziej pełne agresji i autoagresji, a tym, co ze względu na kulturowe ograniczenia powstrzymuje nas przed byciem autentycznym („nie jesteśmy przecież dzikusami”). Wiele zdarzeń ukazanych jako fragmenty życia bohaterów zostało zaczerpniętych z biografii O’Niella – szaleńczej przeszłości jego, jego brata, ojca i matki. To postacie niemal żywcem wyjęte z ich rodzinnego teatru życia, jakby dopiero pod koniec życia O’Niell umiał zobaczyć, że przestrzeni rodziny nie potrafili wykorzystać do rozwoju, samozrozumienia, do budowania twórczego „ja” (szczęśliwym trafem Eugene O’Niell nie umarł z alkoholizmu, przedawkowania, gruźlicy, bezdomności, co nie udało się innym członkom rodu). Ich tożsamość, jak się wydaje, może ustalić się wyłącznie w relacji, ale ci, którzy mają być wzorem i oparciem, są toksycznymi postaciami zbłąkanymi w swoich żalach, pretensjach, niespełnieniach, o które oskarżą każdego, byle nie siebie. Więc uciekają w uzależnienia, szpiegując się wzajemnie wcale nie w trosce, ale w chęci przyłapania na niedotrzymanej obietnicy, złamanej umowie. Życie w tej rodzinie to piekło zbudowane z żalu, pretensji, zawiedzionych uczuć, marzeń, niespełnionych pragnień, dla których źródłem jest każdy z żyjących i nieżyjących członków. Zdaje się, że każdy myśli: „Gdyby nie ty (ojcze, matko, bracie), moje życie byłoby cudowne, spełnione, doskonałe”, a jednocześnie żadne z nich nie potrafi odejść i zbudować tego doskonale wyobrażonego sobie życia na własny rachunek. Z rodziną żyją w piekle oskarżeń, bez niej w piekle samotności i porzucenia. Dramat pokazuje człowieka jako jednostkę skazaną na autodestrukcję. To czcze mrzonki, że jesteśmy powołani do dojrzewania, doskonałości, że pragniemy obdarować świat sobą twórczym, kreatywnym. Nic z tego. Pragniemy zapomnienia, świętego spokoju, który spłynie na nas nie w drodze pracy nad sobą, ale w zapomnieniu, w używkach i w tym, że znajdziemy kogoś, kto nam zafunduje jak najbardziej niewymagające od nas niczego życie. Bohaterowie żyją na jałowym biegu. Mają świadomość, że to nie jest w porządku ani wobec siebie, ani wobec innych, ale jednocześnie nie potrafią wyrwać się z tego kręgu, gdzie wszystko jest pretekstem do samoużalania i przerzucania winy na innych. Jedyna zmiana, do jakiej jest zdolna matka, to zmiana sukienek – od tej, w której szła do ślubu, przez wieczorowe, koktajlowe, codzienne, eleganckie… Jedyna praca myśli to ta, która pozwala jej uciec w regres, utknąć we wspomnieniach o sobie wzorowej uczennicy, dobrze zapowiadającej się pianistce, kochanej córeczce tatusia, który nie żałował pieniędzy na spełnianie jej (zakupowych) marzeń. Czy to postacie tragiczne? Jeśli nawet, to w ponowoczesnym, ale nie wzniosłym stylu. Nie ma znaczenia, czy doczekają świtu – kolejny będzie jak powtórzenie poprzedniego, poprzedniego, poprzedniego…
Myślałam przy okazji oglądania spektaklu o felietonie Krzysztofa Rutkowskiego, opisującego niegdyś głośny proces francuskiego rockowego muzyka, który w alkoholowo-narkotycznym szale pobił i pokaleczył swoją dziewczynę-modelkę (czym uniemożliwił jej pracę). Sąd usprawiedliwiał zachowanie tego trzydziestoletniego mężczyzny postawą jego matki, bo ta go nie dość kochała, była oschła, piła… Trzydziestoletni facet potrzebował do usprawiedliwienia swej brutalnej agresji – mamy! O’Niell nie daje pretekstu do takich usprawiedliwień, wydaje mi się, że choć jest pełen współczucia, pisze jednak akt oskarżenia – żyjecie w piekle, które sami sobie budujecie i z którego tylko wy sami możecie się wyrwać. Łatwiej jest jednak trwać w nim, niż coś zrobić. Tłem dla dialogów i ruchu postaci pozostaje wielki, rażąco biały, pusty ekran, świetnie oddający „pustotę” dni bohaterów, ich niczego niewnoszących myśli, rozmów i działań. Stąd dobry pomysł, by didaskalia zastępowały ruch sceniczny. Wszystko toczy się w słowach. Mówimy, mówimy, mówimy…
Dramat został świetnie zagrany. Roman Gancarczyk, Paulina Kondrak, Mikołaj Kubacki, Łukasz Stawarczyk, Małgorzata Zawadzka – głosy ich postaci zaczarowują, oszczędny ruch sceniczny jest pełen dramatyzmu i wewnętrznego napięcia. Powtarzane frazy utrwalają budowane słowami wewnętrzne zamknięcie. Wołanie Mary, „Czy ktoś widział moje okulary?” wybrzmiewa jak ślad pamięci o oślepnięciu Edypa – po co nam oczy i wzrok, skoro i tak nie potrafimy rozpoznać swego losu? Aż w końcu wszystko ucichnie w nocnej, gęstej, opadającej na miasto mgle. (U)tkwimy w niej wszyscy.
Zdjęcie: biletyna.pl/spektakl/Pewnego-dlugiego-dnia-NT-Scena-Wolnosci
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Zorganizowano dzięki wsparciu ze środków KPO oraz ze środków Miasta Słupska. Sponsorem wydarzenia jest Energa z Grupy ORLEN.
